Jest dziewiętnasty maj, godzina dwudziesta trzecia trzydzieści.
Ja, jestem Donghae i oto moja historia. Nie jest może usłana płatkami róż, może nie jest zbyt długa, ani zbyt zwyczajna. Jednakże na pewno jest ona piękna i w pewien sposób bolesna. Zacznę od początku..
Zakochałem się w osobie czystej niczym anioł, a jej nieskalane oblicze trzymało się mnie kurczowo.
Teraz niesamodzielna, choć kiedyś podbijała świat swoim temperamentem na wagę złota.
Kochała marzyć, bo tylko to jej pozostało.
- Annyeong! Tu Nina. Nina Stanton - wypowiedziała głosem, który koił moje zmysły. Głosem, muskającym każdy mój centymetr ciała. Głosem, który pokochałem niemal od zaraz. - Choruję na raka. Chciałam przeprosić za to, że odejdę...
Choroba Niny potwierdziła się dwunastego maja dwa tysiące piętnastego roku.
Pamiętam te datę niczym coś, co trzyma mnie na uwięzi. Coś co sprawia, że nie mogę być szczęśliwy. Tamtego dnia, usłyszałem smutne wołanie przyszłości, proszące o pomoc.
~Na zawsze w naszych sercach.
~Żegnaj, aniele.
Opowiem wam siedem najpiękniejszych dni mojego życia, które spędziłem z Niną, wiedząc, że niedługo się rozstaniemy. Chciałem by w ostatnią podróż swojego życia zabrała mnie, we wspomnieniach. W dobrych wspomnieniach.
Wszystko zaczęło się tego feralnego dnia, w którym Nina straciła przytomność po raz kolejny podczas zajęć na uczelni. Wiele razy mówiłem jej, powtarzałem, aby tego nie lekceważyła i poszła się przebadać. Jednak ona wiedziała lepiej...
Ambulans przewiózł ją do szpitala, po czym musiała przejść tysiąc badań.
Gdy stojąc za dźwiękoszczelną szybką od sali, w której się znajdowała, zobaczyłem, że matka mojej ukochanej płacze... Już wiedziałem, że dane jest mi spędzić ostatnie chwile u jej boku, bowiem niedługo miało jej tu już nie być. Bezwładnie opadłem na krzesło i opierając ręce na kolanach ukryłem twarz w dłoniach.
- Ile czasu jej zostało? - zapytała zrozpaczona matka szatynki. Po rozwodzie jej rodziców ta kobieta stała się kimś naprawdę radosnym i zbliżyła się do Niny. Nareszcie znalazły wspólny język, więc wieści o stracie tak bliskiej jej osoby musiały być dla niej ogromnym ciosem. Sam nie czułem się lepiej. Wiązałem z tą dziewczyną przyszłość. Nie wyobrażałem sobie swojego życia bez niej przy moim boku.
- Jej stan jest wciąż niestabilny, bardzo mi przykro.. - zaczął ciężko. Słysząc początek jego odpowiedzi podniosłem się i resztką sił podszedłem do nich. Kobieta zerknęła na mnie z żalem w oczach. - W najlepszym przypadku siedem dni... - wyszeptał dojrzały, lekko łysawy na czubku głowy mężczyzna. Pani Stanton zalała się łzami niemalże tracąc przytomność. Ująłem jej ciało w żelaznym uścisku, aby nie upadła i posadziłem ją na krześle. Posłała mi słaby uśmiech w podziękowaniu.
- Przyniosę wody.. - rzuciłem cicho i ruszyłem w stronę automatu z wodą. Zaciskając dłonie w pięści szurałem wlokąc nogami po linoleum. Kiedy zatrzymałem się przy automacie uderzyłem w niego pięścią. Zagryzłem wargę i przekląłem pod nosem. Nie mogłem jednak teraz pokazać jak bardzo obnażony i bezbronny jestem. Nie mogłem się teraz poddać, nie ja. Nie teraz, kiedy najważniejsza kobieta w moim życiu mnie potrzebowała, a razem z nią jej matka. Kupiłem wodę i wróciłem spokojnym krokiem do pani Stanton. Lekarz był uprzejmy i pozwolił nam obojgu trwać przy niej w sali całą noc, co nie powinno mieć miejsca.
Nie mogłem spać. Wyszedłem do łazienki i zamknąłem się w jednej z kabin. Oparłem się o jej drzwi, po których chwilę później osunąłem się na ziemię. Poczułem jak z moich oczu strumieniem poleciały słone, przepełnione bólem łzy. Przecież dopiero odkryliśmy, że jesteśmy sobie przeznaczeni..
Kiedy wróciłem do sali, zobaczyłem jak pani Stanton gładzi jej bladą twarz wierzchem swojej dłoni i coś do niej szeptała.
'Gdybyś miał tylko siedem dni. Gdybyś kochał kogoś tak bardzo jak ja Ninę, co byś zrobił?
Ja miałem plan. Idealny, doskonale dopracowany. Plan na siedem dni.
Nina otworzywszy oczy, zaczęła wyłapywać najdokładniej każdy centymetr pomieszczenia, w którym się znajdowała. Od świata oddzielały ją szare zasłony, wiszące na oknie, którego farba straciła swój dawny blask. Wszędzie otaczały ją jasne kolory, a szczególnie dominował biały i niebieski. W powietrzu unosił się zapach typowy dla szpitala, w którym umierają ludzie.
Cierpienie, ból, otaczający ją smutek – to wszystko była w stanie wyczuć poprzez klimat budynku. Wiedziała, że od dziś jej poranek wyglądać będzie tak samo. Biało.
Dostrzegła w kącie skuloną osobę, znużoną snem. Próbowała odchrząknąć, ale w gardle napotkała kujący i przeszywający ból. Jakby ktoś próbował siłą wyciągnąć jej struny głosowe, które tak bardzo kochała.
Wczorajszy dzień pamiętała jak przez mgłę, a to co wydarzyło się podczas jej zajęć na uczelni, nadal pozostawało dla niej tajemnicą.
Dlaczego znajdowała się w szpitalu? Miejscu, w którym ludzie kończyli swoje życia, zostawiając bliskich. Czy miała podzielić ich los? Bóg uznał, że potrzebuje jej na górze?
Postacią, która właśnie spała, byłem ja. Spędziłem całą noc, czuwając przy Ninie, którą kochałem nad życie. Nadal kocham.
Niespokojnie zmarszczyłem brwi i wydałem z siebie cichy jęk. Nie byłem w najlepszym stanie, ponieważ drzemki na krzesłach zawsze kończą się obolałym kręgosłupem, ale moje cierpienie niczym nie przewyższało tego, które czuła Nina.
Moja ukochana nadał była pod wpływem różnych leków, zastrzyków i innych świństw wciśniętych jej przez lekarzy w chwili słabości. Zdołała jednak pokonać ból, towarzyszący jej przy każdej próbie wydobycia z siebie głosu i odezwała się:
- Donghae... - powiedziała z przerwami, ponieważ nadal nie odzyskała wcześniejszej sprawności.
Kiedy usłyszałem, że moja miłość wreszcie się wybudziła, wstałem gwałtownie i ruszyłem biegiem do Niny. Przyłożyłem dłoń do jej twarzy, na której malował się niepokój i dziękując Bogu za to, że odzyskała przytomność, zacząłem mówić bez opamiętania.
- Nina, kochanie! Obudziłaś się... dzięki Ci, Panie. - jęknąłem - Tak bardzo się o Ciebie martwiłem. Byłem tu całą noc, chciałem być przy Tobie. Pilnować cię, żebyś... - z moich oczu wylało się niechciane morze łez.
Tak bardzo się o nią martwiłem... Nie chciałem by zbyt szybko mnie zostawiła, nie teraz... gdy chciałem spędzić z nią jej ostatnie chwile życia w radości. Wiedziałem, że to jednak nie możliwe, bo jej stan z dnia na dzień będzie się pogarszał..
- Oppa.. - szepnęła ochrypłym głosem - co się stało? - odpowiedział zdezorientowany chłopak.
Pamiętała tylko to, ze była na zajęciach i chciała wyjść z sali po tym jak poczuła, że w jej głowie świat wiruje niczym dziecko bujające się na karuzeli. Gdy tylko wstała, ujrzała ciemność.
- Ty... - zacząłem przejęty. Bałem się, że kiedy zacznę mówić, głos ugrzęźnie mi w gardle i zacznę płakać. Nie mogłem tego zrobić. Musiałem być silny. Za nas dwoje. – straciłaś przytomność na uczelni.. Zadzwonili do mnie dopiero ze szpitala.. Przyjechałem tak szybko jak mogłem... Tak długo nie wiedziałem co z tobą... - musiałem zrobić przerwę, żeby zatamować nadchodzące łkanie. - Nic nie chcieli mi powiedzieć, ale...
Nie chciało mi to przejść przez gardło.. Boże, jak mam jej to powiedzieć? Jak mam jej powiedzieć, że jej dni są policzone.. Może nawet przeliczone. Co jeśli zostało ich mniej, niż wyszacował lekarz? Fakt, z którym nigdy się nie pogodzę, ona ma przyjąć spokojnie? Musi poznać prawdę, wiem o tym. Dlatego ja chciałem jej o tym powiedzieć.. Tylko gdy jednak nadszedł ten moment okazało się to trudniejsze, niż myślałem..
- Nina, skarbie... - zacząłem cicho i przysunąłem taboret bliżej. Ująłem jej wątłą dłoń i przysunąłem do ust. - Jesteś bardzo chora.. - ważyłem słowa, starałem się przekazać jej to najdelikatniej jak potrafiłem. Jednak nie mogłem ubrać tego w słowa. Nastała głucha cisza.
- Mam raka. - szepnęła nagle całkowicie mnie zaskakując. - Wiem... - dodała..
- Skąd.. - zacząłem. Leżała bez ruchu, wpatrując się pustym wzrokiem w sufit.
- Od roku. - urwała krótko.
Poszedłem się przewietrzyć. Nie mogłem uwierzyć, że mogła nam to zrobić, że sobie mogła to zrobić.. Jak mogła wiedzieć od roku, że ma białaczkę i udawała, jakby nigdy nic, że wszystko jest w porządku? Czy nie wspierałem jej wystarczająco, aby znalazła we mnie oparcie w tym, by powiedzieć mi o tym na czas? A może myślała, że to tylko zły koszmar, z którego się niedługo obudzi? Jak mogła tak bujać w obłokach.. Dlaczego nie chciała walczyć, tylko wyparła tą parszywą myśl, ze swojego życia..
Przeszedłem jeszcze kilka kroków, po czym opadłem na ławkę stojącą niedaleko wyjścia na taras szpitalny. Oparłem łokcie na kolanach i ukrywając twarz w dłoniach zapłakałem. Jak miałem się z tym pogodzić? Okazało się, że ona pogodziła się z tym dawno temu..
Wróciłem do środka szpitala i zobaczyłem, że jej mama rozmawia z lekarzem. Przytakiwała wciąż i wycierała cieknące po policzkach łzy zmiętą chusteczką. Wziąłem głęboki oddech i podszedłem do nich. Położyłem pani Stanton dłoń na ramieniu, spojrzała na mnie z wdzięcznością i zmęczeniem wymalowanymi na twarzy.
- Jedź do domu się przespać, mamo.. - powiedziałem spokojnie. Nakryła moją dłoń tą swoją i mrugnęła znacząco.
- To pański syn? - wtrącił doktor przyglądając nam się uważnie.
- Nie, narzeczony córki. - sprostowała - praktycznie już rodzina. - uśmiechnęła się do mnie słabo - w takim razie jadę, dzwoń. - rzuciła do mnie cicho i poklepała po ramieniu. Spojrzała na lekarza. - Gdyby były jakiekolwiek nowe informacje, proszę to przekazywać Donghae.
- Oczywiście - przytaknął lekarz i odszedł w przeciwnym kierunku do mojej niedoszłej teściowej.
Zajrzałem do sali. Nina leżała i wpatrywała się w sufit, miała słuchawki w uszach, więc nie zauważyła, że wszedłem cicho do środka. "Biały, brudny, biały, brudny, biały, brudny, biały i brudny". Nuciła tą wyliczankę w głowie, dopóki nie poczuła mojej obecności. Spojrzała w moją stronę i uśmiechnęła się promiennie na mój widok.
- Jesteś! - rzuciła radośnie i wyjęła słuchawki z uszu. Odłożyła iPoda na stoliczek przy łóżku i ostrożnie dźwignęła się poprawiając na łóżku. Jej twarz pokrył grymas, musiało ją wszystko boleć.. Wewnątrz łkałem. Mój piękny świat, wszystko co pragnąłem z nią zrobić.. Nasze idealne życie, które planowałem od dwóch lat. Każde święta Bożego Narodzenia, każdy Nowy Rok.. Nasze dzieci, to wszystko nagle stało się czymś tak bardzo odległym, tak bardzo nierealnym. Mieliśmy wszystko, nadal moglibyśmy to mieć, ale to wszystko straciło sens.
- Będziemy musieli się rozstać, czyż nie? - dobiegło moich oczu to jedno pełne goryczy i przeszywającego moje serce bólem zdanie. Nina patrzała na mnie przez zaszklone oczy, zaciskając zęby na ustach. Jej radość zniknęła tak szybko, jak pojawiła się na jej twarzy. Oczy miała wypłowiałe, jakby ktoś odebrał im barwę. Była tak bardzo przygaszona i cicha. Brakowało mi jej śmiechu, jej pisków i gadatliwości.. Musiałem zrobić wszystko, aby ostatnie dni jej życia przeminęły radośnie..
Siedem dni przed rozstaniem, na zawsze.
Siedem dni mieli dla siebie,
Zachowując je w pamięci,
Na Zawsze.
Siedem dni.
począwszy od dzisiaj.
Te siedem dni minie niczym najgorszy sen, który kiedykolwiek może się przyśnić..
Nina, aniołku, sprawmy, że te siedem dni minie, niczym najpiękniejszy sen, dobrze? Nie myśląc o Twojej chorobie... nie myśląc o niczym. Po prostu... bądźmy szczęśliwi. Zawsze pragnęłaś wydać książkę, prawda? Pozwól, że zrobię to za Ciebie.. Pragnę zobaczyć Twój uśmiech, pomimo tych wszystkich wydarzeń. Po prostu się uśmiechnij, dobrze? Wszystko będzie dla Ciebie najpiękniejszym snem. Ostatnim, który Ci się przyśni.
Ja, jestem Donghae i oto moja historia. Nie jest może usłana płatkami róż, może nie jest zbyt długa, ani zbyt zwyczajna. Jednakże na pewno jest ona piękna i w pewien sposób bolesna. Zacznę od początku..
Zakochałem się w osobie czystej niczym anioł, a jej nieskalane oblicze trzymało się mnie kurczowo.
Teraz niesamodzielna, choć kiedyś podbijała świat swoim temperamentem na wagę złota.
Kochała marzyć, bo tylko to jej pozostało.
- Annyeong! Tu Nina. Nina Stanton - wypowiedziała głosem, który koił moje zmysły. Głosem, muskającym każdy mój centymetr ciała. Głosem, który pokochałem niemal od zaraz. - Choruję na raka. Chciałam przeprosić za to, że odejdę...
*
Choroba Niny potwierdziła się dwunastego maja dwa tysiące piętnastego roku.
Pamiętam te datę niczym coś, co trzyma mnie na uwięzi. Coś co sprawia, że nie mogę być szczęśliwy. Tamtego dnia, usłyszałem smutne wołanie przyszłości, proszące o pomoc.
~Na zawsze w naszych sercach.
~Żegnaj, aniele.
***
Opowiem wam siedem najpiękniejszych dni mojego życia, które spędziłem z Niną, wiedząc, że niedługo się rozstaniemy. Chciałem by w ostatnią podróż swojego życia zabrała mnie, we wspomnieniach. W dobrych wspomnieniach.
Day - 0
Wszystko zaczęło się tego feralnego dnia, w którym Nina straciła przytomność po raz kolejny podczas zajęć na uczelni. Wiele razy mówiłem jej, powtarzałem, aby tego nie lekceważyła i poszła się przebadać. Jednak ona wiedziała lepiej...
Ambulans przewiózł ją do szpitala, po czym musiała przejść tysiąc badań.
Gdy stojąc za dźwiękoszczelną szybką od sali, w której się znajdowała, zobaczyłem, że matka mojej ukochanej płacze... Już wiedziałem, że dane jest mi spędzić ostatnie chwile u jej boku, bowiem niedługo miało jej tu już nie być. Bezwładnie opadłem na krzesło i opierając ręce na kolanach ukryłem twarz w dłoniach.
- Ile czasu jej zostało? - zapytała zrozpaczona matka szatynki. Po rozwodzie jej rodziców ta kobieta stała się kimś naprawdę radosnym i zbliżyła się do Niny. Nareszcie znalazły wspólny język, więc wieści o stracie tak bliskiej jej osoby musiały być dla niej ogromnym ciosem. Sam nie czułem się lepiej. Wiązałem z tą dziewczyną przyszłość. Nie wyobrażałem sobie swojego życia bez niej przy moim boku.
- Jej stan jest wciąż niestabilny, bardzo mi przykro.. - zaczął ciężko. Słysząc początek jego odpowiedzi podniosłem się i resztką sił podszedłem do nich. Kobieta zerknęła na mnie z żalem w oczach. - W najlepszym przypadku siedem dni... - wyszeptał dojrzały, lekko łysawy na czubku głowy mężczyzna. Pani Stanton zalała się łzami niemalże tracąc przytomność. Ująłem jej ciało w żelaznym uścisku, aby nie upadła i posadziłem ją na krześle. Posłała mi słaby uśmiech w podziękowaniu.
- Przyniosę wody.. - rzuciłem cicho i ruszyłem w stronę automatu z wodą. Zaciskając dłonie w pięści szurałem wlokąc nogami po linoleum. Kiedy zatrzymałem się przy automacie uderzyłem w niego pięścią. Zagryzłem wargę i przekląłem pod nosem. Nie mogłem jednak teraz pokazać jak bardzo obnażony i bezbronny jestem. Nie mogłem się teraz poddać, nie ja. Nie teraz, kiedy najważniejsza kobieta w moim życiu mnie potrzebowała, a razem z nią jej matka. Kupiłem wodę i wróciłem spokojnym krokiem do pani Stanton. Lekarz był uprzejmy i pozwolił nam obojgu trwać przy niej w sali całą noc, co nie powinno mieć miejsca.
Nie mogłem spać. Wyszedłem do łazienki i zamknąłem się w jednej z kabin. Oparłem się o jej drzwi, po których chwilę później osunąłem się na ziemię. Poczułem jak z moich oczu strumieniem poleciały słone, przepełnione bólem łzy. Przecież dopiero odkryliśmy, że jesteśmy sobie przeznaczeni..
Kiedy wróciłem do sali, zobaczyłem jak pani Stanton gładzi jej bladą twarz wierzchem swojej dłoni i coś do niej szeptała.
'Gdybyś miał tylko siedem dni. Gdybyś kochał kogoś tak bardzo jak ja Ninę, co byś zrobił?
Ja miałem plan. Idealny, doskonale dopracowany. Plan na siedem dni.
DAY-1
Nina otworzywszy oczy, zaczęła wyłapywać najdokładniej każdy centymetr pomieszczenia, w którym się znajdowała. Od świata oddzielały ją szare zasłony, wiszące na oknie, którego farba straciła swój dawny blask. Wszędzie otaczały ją jasne kolory, a szczególnie dominował biały i niebieski. W powietrzu unosił się zapach typowy dla szpitala, w którym umierają ludzie.
Cierpienie, ból, otaczający ją smutek – to wszystko była w stanie wyczuć poprzez klimat budynku. Wiedziała, że od dziś jej poranek wyglądać będzie tak samo. Biało.
Dostrzegła w kącie skuloną osobę, znużoną snem. Próbowała odchrząknąć, ale w gardle napotkała kujący i przeszywający ból. Jakby ktoś próbował siłą wyciągnąć jej struny głosowe, które tak bardzo kochała.
Wczorajszy dzień pamiętała jak przez mgłę, a to co wydarzyło się podczas jej zajęć na uczelni, nadal pozostawało dla niej tajemnicą.
Dlaczego znajdowała się w szpitalu? Miejscu, w którym ludzie kończyli swoje życia, zostawiając bliskich. Czy miała podzielić ich los? Bóg uznał, że potrzebuje jej na górze?
Postacią, która właśnie spała, byłem ja. Spędziłem całą noc, czuwając przy Ninie, którą kochałem nad życie. Nadal kocham.
Niespokojnie zmarszczyłem brwi i wydałem z siebie cichy jęk. Nie byłem w najlepszym stanie, ponieważ drzemki na krzesłach zawsze kończą się obolałym kręgosłupem, ale moje cierpienie niczym nie przewyższało tego, które czuła Nina.
Moja ukochana nadał była pod wpływem różnych leków, zastrzyków i innych świństw wciśniętych jej przez lekarzy w chwili słabości. Zdołała jednak pokonać ból, towarzyszący jej przy każdej próbie wydobycia z siebie głosu i odezwała się:
- Donghae... - powiedziała z przerwami, ponieważ nadal nie odzyskała wcześniejszej sprawności.
Kiedy usłyszałem, że moja miłość wreszcie się wybudziła, wstałem gwałtownie i ruszyłem biegiem do Niny. Przyłożyłem dłoń do jej twarzy, na której malował się niepokój i dziękując Bogu za to, że odzyskała przytomność, zacząłem mówić bez opamiętania.
- Nina, kochanie! Obudziłaś się... dzięki Ci, Panie. - jęknąłem - Tak bardzo się o Ciebie martwiłem. Byłem tu całą noc, chciałem być przy Tobie. Pilnować cię, żebyś... - z moich oczu wylało się niechciane morze łez.
Tak bardzo się o nią martwiłem... Nie chciałem by zbyt szybko mnie zostawiła, nie teraz... gdy chciałem spędzić z nią jej ostatnie chwile życia w radości. Wiedziałem, że to jednak nie możliwe, bo jej stan z dnia na dzień będzie się pogarszał..
- Oppa.. - szepnęła ochrypłym głosem - co się stało? - odpowiedział zdezorientowany chłopak.
Pamiętała tylko to, ze była na zajęciach i chciała wyjść z sali po tym jak poczuła, że w jej głowie świat wiruje niczym dziecko bujające się na karuzeli. Gdy tylko wstała, ujrzała ciemność.
- Ty... - zacząłem przejęty. Bałem się, że kiedy zacznę mówić, głos ugrzęźnie mi w gardle i zacznę płakać. Nie mogłem tego zrobić. Musiałem być silny. Za nas dwoje. – straciłaś przytomność na uczelni.. Zadzwonili do mnie dopiero ze szpitala.. Przyjechałem tak szybko jak mogłem... Tak długo nie wiedziałem co z tobą... - musiałem zrobić przerwę, żeby zatamować nadchodzące łkanie. - Nic nie chcieli mi powiedzieć, ale...
Nie chciało mi to przejść przez gardło.. Boże, jak mam jej to powiedzieć? Jak mam jej powiedzieć, że jej dni są policzone.. Może nawet przeliczone. Co jeśli zostało ich mniej, niż wyszacował lekarz? Fakt, z którym nigdy się nie pogodzę, ona ma przyjąć spokojnie? Musi poznać prawdę, wiem o tym. Dlatego ja chciałem jej o tym powiedzieć.. Tylko gdy jednak nadszedł ten moment okazało się to trudniejsze, niż myślałem..
- Nina, skarbie... - zacząłem cicho i przysunąłem taboret bliżej. Ująłem jej wątłą dłoń i przysunąłem do ust. - Jesteś bardzo chora.. - ważyłem słowa, starałem się przekazać jej to najdelikatniej jak potrafiłem. Jednak nie mogłem ubrać tego w słowa. Nastała głucha cisza.
- Mam raka. - szepnęła nagle całkowicie mnie zaskakując. - Wiem... - dodała..
- Skąd.. - zacząłem. Leżała bez ruchu, wpatrując się pustym wzrokiem w sufit.
- Od roku. - urwała krótko.
*
Poszedłem się przewietrzyć. Nie mogłem uwierzyć, że mogła nam to zrobić, że sobie mogła to zrobić.. Jak mogła wiedzieć od roku, że ma białaczkę i udawała, jakby nigdy nic, że wszystko jest w porządku? Czy nie wspierałem jej wystarczająco, aby znalazła we mnie oparcie w tym, by powiedzieć mi o tym na czas? A może myślała, że to tylko zły koszmar, z którego się niedługo obudzi? Jak mogła tak bujać w obłokach.. Dlaczego nie chciała walczyć, tylko wyparła tą parszywą myśl, ze swojego życia..
Przeszedłem jeszcze kilka kroków, po czym opadłem na ławkę stojącą niedaleko wyjścia na taras szpitalny. Oparłem łokcie na kolanach i ukrywając twarz w dłoniach zapłakałem. Jak miałem się z tym pogodzić? Okazało się, że ona pogodziła się z tym dawno temu..
Wróciłem do środka szpitala i zobaczyłem, że jej mama rozmawia z lekarzem. Przytakiwała wciąż i wycierała cieknące po policzkach łzy zmiętą chusteczką. Wziąłem głęboki oddech i podszedłem do nich. Położyłem pani Stanton dłoń na ramieniu, spojrzała na mnie z wdzięcznością i zmęczeniem wymalowanymi na twarzy.
- Jedź do domu się przespać, mamo.. - powiedziałem spokojnie. Nakryła moją dłoń tą swoją i mrugnęła znacząco.
- To pański syn? - wtrącił doktor przyglądając nam się uważnie.
- Nie, narzeczony córki. - sprostowała - praktycznie już rodzina. - uśmiechnęła się do mnie słabo - w takim razie jadę, dzwoń. - rzuciła do mnie cicho i poklepała po ramieniu. Spojrzała na lekarza. - Gdyby były jakiekolwiek nowe informacje, proszę to przekazywać Donghae.
- Oczywiście - przytaknął lekarz i odszedł w przeciwnym kierunku do mojej niedoszłej teściowej.
Zajrzałem do sali. Nina leżała i wpatrywała się w sufit, miała słuchawki w uszach, więc nie zauważyła, że wszedłem cicho do środka. "Biały, brudny, biały, brudny, biały, brudny, biały i brudny". Nuciła tą wyliczankę w głowie, dopóki nie poczuła mojej obecności. Spojrzała w moją stronę i uśmiechnęła się promiennie na mój widok.
- Jesteś! - rzuciła radośnie i wyjęła słuchawki z uszu. Odłożyła iPoda na stoliczek przy łóżku i ostrożnie dźwignęła się poprawiając na łóżku. Jej twarz pokrył grymas, musiało ją wszystko boleć.. Wewnątrz łkałem. Mój piękny świat, wszystko co pragnąłem z nią zrobić.. Nasze idealne życie, które planowałem od dwóch lat. Każde święta Bożego Narodzenia, każdy Nowy Rok.. Nasze dzieci, to wszystko nagle stało się czymś tak bardzo odległym, tak bardzo nierealnym. Mieliśmy wszystko, nadal moglibyśmy to mieć, ale to wszystko straciło sens.
- Będziemy musieli się rozstać, czyż nie? - dobiegło moich oczu to jedno pełne goryczy i przeszywającego moje serce bólem zdanie. Nina patrzała na mnie przez zaszklone oczy, zaciskając zęby na ustach. Jej radość zniknęła tak szybko, jak pojawiła się na jej twarzy. Oczy miała wypłowiałe, jakby ktoś odebrał im barwę. Była tak bardzo przygaszona i cicha. Brakowało mi jej śmiechu, jej pisków i gadatliwości.. Musiałem zrobić wszystko, aby ostatnie dni jej życia przeminęły radośnie..
Siedem dni przed rozstaniem, na zawsze.
Siedem dni mieli dla siebie,
Zachowując je w pamięci,
Na Zawsze.
Siedem dni.
począwszy od dzisiaj.
Te siedem dni minie niczym najgorszy sen, który kiedykolwiek może się przyśnić..
Nina, aniołku, sprawmy, że te siedem dni minie, niczym najpiękniejszy sen, dobrze? Nie myśląc o Twojej chorobie... nie myśląc o niczym. Po prostu... bądźmy szczęśliwi. Zawsze pragnęłaś wydać książkę, prawda? Pozwól, że zrobię to za Ciebie.. Pragnę zobaczyć Twój uśmiech, pomimo tych wszystkich wydarzeń. Po prostu się uśmiechnij, dobrze? Wszystko będzie dla Ciebie najpiękniejszym snem. Ostatnim, który Ci się przyśni.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz